czwartek, 31 grudnia 2015

Od Toma D.C. Sonohary

Zamknąłem się w swoim pokoju. Mam dosyć, chcę wracać. Jak inni mogą tu wytrzymać? Niech dadzą chociaż zakaz zamieniania się lub przynoszenia zwierząt kotopodobnych! Szlag mnie trafi. Tym bardziej, że nie chcę, aby inni wiedzieli, że jestem wilkołakiem. Wolałbym zamienić się z Billem, on jest wampirem, ma fajniej.. A ja przy każdej pełni muszę się chować przed światłem księżyca, bo inaczej zamieniam się w dwumetrową kupę sierści z cztero centymetrowymi kłami i pazurami. Jestem świadomy swojego zachowania podczas przemiany, ale wilkołak to wilkołak, pragnę pożywienia, jestem agresywny.. Gdybym spotkał Morgan jako kotkę po przemianie, prawdopodobnie by nie przeżyła. Tego się właśnie boję. 
Wybrałem numer do mamy, co powinienem zrobić od razu po zameldowaniu się w pokoju. 
- Tom? - odebrała - Co się stało, że dzwonisz?
- Czy zawsze musi się coś stać, żebym dzwonił? - warknąłem - Bill się obudził?
- Ho, już z cztery godziny temu! - odparła
- Powiedz mu, że nie wiem jak to zrobi, ale ma się ze mną rasą zamienić. 
- Chyba żartujesz - prychnęła - To niemożliwe.
- W dupie to mam, nie chcę tu być, są tu zmiennokształtni, o mało zawału nie dostałem, kiedy zobaczyłem kota pod drzwiami od pokoju! Mamo, ja tu nie pasuję, nie potrafię. 
- Tom, dopiero jeden dzień tam jesteś! 
- Po pięciu minutach miałem dosyć! Chcę do domu.
- Nie zachowuj się jak sześciolatek. Później zadzwoń do Billa, ja mam gościa. Do usłyszenia, synku.
Rozłączyła się! Zero wsparcia. Kocham cię, mamo.
Przypomniałem sobie, że tak naprawdę nie wiem nic o tym miejscu. Chyba można pozwiedzać, prawda? 
Wyjrzałem na korytarz, kota nie było, cicho jak w dupie, to wyszedłem. Zszedłem na parter. Trafiłem na jakąś dziewczynę. Przypomniałem sobie, że to właśnie na nią trafiłem do góry. 
- Cześć - zagadałem, a ona spojrzała na mnie
- Hej - uśmiechnęła się
- Od dawna tu jesteś? - spytałem - Bo kompletnie jestem zgubiony w tym budynku, po prostu nie wiem, gdzie co jest i pomyślałem...

Sono?

Od Sono D.C. Dominic'a

Nowo poznany Dominic i ja staliśmy w milczeniu. Dym papierosowy kłębił się wokół nas, jak wąż.
Bycie krwiopijcą nie jest takie złe. nie umiera się na raka od palenia więc można się natruć do woli.
-też nie chce mi się tu tyle siedzieć, chociaż jestem tu dopiero w tym roku, zaczynając od podstaw i uwalniając się od normalsów.
-mieszkałaś z ludźmi?-zapytał Dominic, niedowierzając.
-a no tak.-zamilkłam.
Moja mama była wampirzycą, lecz ciotka tylko człowiekiem., co odczuwałam za każdym razem gdy na mnie spojrzała. Czytałam jej w myślach więc wiem, że byłam czarną owcą.
Wyrzuciłam niedopałek i zgasiłam go butem, aż zasyczało.
-no więc, kolego, jaki profil?-zapytałam.
-taki jak Ty rudzielcu-odparł wyrzucając peta
-czy Ty mi czytasz w myślach wampirasku?-zmarszczyłam czoło.
-otoż to-uśmiechnął się uwodzicielsko, na co ja przewróciłam oczami.
-uważaj bo i ja zacznę -usmiechnęłam się.-no to, do zobaczenia na zajęciach, sportsmenie.-dodałam ukazując kły.
Popędziłam przed siebie i znalazlam się przy akademii. Zobaczyłam przy wejściu wredną kotkę-Morgan.
Rzuciła do mnie jakimś przezwiskiem, lecz miałam to głęboko w tyle
W pokoju rozpakowałam się i przygotowałam na jutrzejszy dzień, pełen zajęć.
Przynajmniej znam jednego wampira i w dodatku z mojego profilu.

[Dominic?]

Od Dominica d.c. Sono

A więc to już dzisiaj. Jadę do nowej szkoły. Może to nawet nie taki zły pomysł? Spakowałem co spakować miałem i wyszedłem ze starego pokoju akademika. Przy wyjściu czekała na mnie Mal.
- Bez pożegnania? - spytała i przytuliła mnie.
- Mam nadzieje, że do mnie dołączysz w przyszłym semestrze? - spytałem.
- Postaram się. Trochę jeszcze narozrabiam i widzimy się za pół roku.
- No ja myślę.
Wyszedłem ze szkoły i wsiadłem do samochodu. Jedna większa walizka, nic więcej. Ostatni raz spojrzałem na Mal. Jej fioletowe włosy rozwiewał wiatr. Tak... Mal jest taką buntowniczka. Ubiera się dość odważnie. Nawet gdy wymaga tego okoliczność, taka jak na przykład akademia, zachowuje swój styl. Kiedyś nawet zrobiłem jej takie zdjęcie. Wyjąłem telefon i poszukałem go.
Uśmiechnąłem się pod nosem i schowałem telefon. Nawet nie zauważyłem, że dotarliśmy już na stacje. Wsiadłem niechętnie do pociągu i zająłem miejsce w przedziale. Wbiegła tutaj jakaś dziewczynka i usiadła. Pokazałem kły i dzieciak błyskawicznie odbiegł. Zasłoniłem okno, bo zaczęło świecić słońce. Gdyby nie to, że jestem wampirem, zasnąłbym. Włączyłem więc muzykę i słuchałem. Po kilku godzinach byłem na miejscu. Wysiadłem i poszedłem do szkoły. Za wesoło jak na mój gust. Wszedłem do środka i powitał mnie jakaś nad wyraz wesoła kobieta.
- Jestem Alice Conolly, wicedyrektorka, a a ty?
- Dominic Sherwood.
- Ach tak, czekaliśmy na ciebie.
Poszedłem z nią do gabinetu i dała mi klucz do pokoju, jakieś papiery i pozwoliła iść. Szybko znalazłem pokój i zostawiłem w nim rzeczy. Wziąłem tylko paczkę papierosów i zapaliczkę. Wyszedłem z pokoju i zamknąłem go. Z prędkością światła przemknąłem do lasu i oparłem się o drzewo. Wyjąłem papierosa i zapaliłem. Po chwili poczułem, że na drzewie ktoś siedzi i tez pali.
- Podpalisz to drzewo - powiedziałem
- Nie ja jedyna jeśli chodzi o to drzewo - postać zeskoczyła - przedstawisz mi się? - zapytałam.
- Dominic Sherwood.
- Sonohara Hale-Storm.
- Widzę, że nie jestem tutaj jedynym krwiopijcą? - zaciągnąłem się.
- No nie. Od ilu lat jesteś?
- Cóż... powiem tyle, że tego roku kończę szkołę na dobre. Nie będę potarzał tej samej klasy kilkaset razy.
Spojrzał na mnie po czym tez się zaciągnęła.


<Sono>

środa, 30 grudnia 2015

Od Scater

-Scater jedziemy!
Głos mojej matki rozchodził się po całym domu. Zdążyłam się przyzwyczaić do hałasu ale to było coś innego. Szczerze nienawidziłam jej głosu. Szczególnie kiedy krzyczała. Zapakowałam mojego kota do transportera i powolutku zeszłam na dół. Tylko po to żeby zdenerwować kobietę która na mnie czekała. Ojca nie było. Zresztą jak zawsze odkąd się wprowadziłam. Zapakowałam bagaże i odjechałyśmy. Matka jak zawsze zaczęła swoje wykłady na temat jak mam się zachowywać w szkole. Wyłączyłam się po pół godziny słuchania tych bzdur.
-Dziecko czy ty mnie w ogóle słuchasz? Zresztą nie ważne. Pamiętaj to najlepsza szkoła więc się staraj. Wiem, że potrafisz.
-Niby skąd to wiesz? - powiedziałam za nim zdążyłam ugryźć się w język.-To znaczy oczywiście mamo - uśmiechnęłam się cudownie.
Oczywiście przyjechałyśmy spóźnione bo ta kobieta jeździ jak dziewięćdziesięcio pięcio latek z alzheimerem. Jakaś kobieta czekała na nas przy wejściu do szkoły. cały budynek był w miarę ładny. Naturalnie spóźnienie zostało nam wybaczone bo przecież mojej matce wszystko się wybacza. Okazało się, że to wicedyrektorka Alice Conolly. Przeprowadziła ze mną krótka rozmowę żeby się czegoś dowiedzieć. Na szczęście nie pytała o zbyt dużo albo zniechęciłam ją jod razu. Na początku zaniosłam swoje bagaże do pokoju i wyjęłam Mantuiego z transportera. To chyba dwuosobowy ale mojej współlokatorki jeszcze nie było. Mam cichą nadzieję, że tak pozostanie ale moja podświadomość uporczywie przypominała mi, że i tak będę z kimś mieszkać. Więc trudno przyzwyczaję się, może to nawet nie będzie takie złe. Biały kocur od razu zaczął przytulać się do mojej nogi.
-Chodź oprowadzę cię - powiedziała ciepło.
Ta kobieta była nienaturalnie wesoła. Przynajmniej dla mnie. Kiedy doszłyśmy do schodów zadzwonił jej telefon. Przeprowadziła dwu minutową rozmowę i odwróciła się do mnie z zakłopotaną miną.
-Bardzo cię przepraszam. To się zwykle nie zdarza podczas gdy kogoś oprowadzam ale muszę iść załatwić ważną sprawę z dyrektorem. Zaraz przyślę do ciebie jakiegoś ucznia na zastępstwo żeby ci pomógł - uśmiechnęła się radośnie.
-Jasne - mruknęłam.
Usiadłam pod ścianą i czekałam bo co mi pozostało? Tak minęło kolejne pół godziny. Zaraz ktoś przyjdzie - dobre sobie. Mój kot wskoczył mi na ręce i tylko co chwila mruczał. Co przypominało mi, że w ogóle jeszcze żyję. Usłyszałam ciche kroki i ktoś przede mną stanął. Mój kot zeskoczył ze mnie i zaczął syczeć jak by ten przybysz był jego największym wrogiem. Wstałam powoli nie spiesząc się ani trochę bo z jakiej racji? Ja czekałam cholerne pół godziny aż ruszy swój szanowny tyłek.
~Kolejna ze stukniętym zwierzątkiem~ Aha znowu przez przypadek usłyszałam czyjeś myśli. Ale one naprawdę aż krzyczały. Nie da się przejść obok takich obojętnie i nie wiedzieć o co chodzi w czyjejś głowie. Niektórzy tak mają. Co nie znaczy, że mnie to nie irytuje.
-Wątpię, że mój kot jest chociaż w połowie tak stuknięty jak ty - syknęłam. - Poza tym jestem Scater - wymamrotałam i wyciągnęłam rękę.
(Ktokolwiek chętny?)

Od Sono do Dominic'a

Po miłym spotkaniu z Tomem i niemiłym z kocicą, nie miałam chyba za bardzo ochoty na znajomości. Zdenerwowałam się tą laską.
Znałam ją. Ale nie pamiętam skąd.
Wyszłam na dwór. chciałam zapalić i się oswoić z tym wszystkim. Ze szkołą, ludźmi, zwierzętami.
Musiałam odreagować.
Nie wiedziałam, gdzie tutaj można palić a gdzie nie wypada i jest to zabronione.
Postanowiłam więc wyjść na spacer i pozwiedzać tereny
Może nawet znajdę alejkę dla palaczy, pomyślalam, kierując się wąską ścieżką ku laskowi, który zaczynał gęstnieć.
Mam wyczulone zmysły jako wampir, i zapach dymu tytoniowego wyczuwam z daleka, a tutaj dał się wyczuć ten pachnący smrodek.
zobaczyłam ciemnowłosego przystojniaka, opartego arogancko o drzewo.
Siadłam na gałęzi drzewa, które "przywłaszczył" sobie chłopak.
Zapaliłam papieros i zaciągnęłam się.
-podpalisz to drzewo.-usłyszałam z dołu. Spojrzałam się na ziemię.
hmm. to ten chłopak.
-nie ja jedyna jesli chodzi o to drzewo.-zeskoczyłam.-przedstawisz mi się?-zapytałam.

[Dominic?]

Od Toma C.D. Morgan

- Nie przepadam za kotami i tyle - odparłem niepewnie, odsuwając się od dziewczyny o bladej cerze i włosach białych jak śnieg
- A jaka jest twoja rasa, zdradź mi - podsunęła się bliżej, a ja znów się cofnąłem.
- Jestem.. Magiem - skłamałem
- Oj oj, nie ładnie tak kłamać - pomachała mi palcem wskazującym przed oczami - Zmiennokształtnej nie oszukasz. Uwierz mi, że kotów nie da się nie lubić.
- Najwyraźniej się da, bo ja ich nie lubię. - rzekłem niechętnie, kierując się z powrotem do pokoju.
- Mi nie uciekniesz - zapewniła mnie - W sumie, wilkołaki trochę boją się kotów co nie?
Chciała mnie podpuścić, zdenerwować. Sorry, ale to nie tak łatwo zrobić.
- Miś - odwróciłem się - To twój problem, że mi nie wierzysz. "Dziwnie pachniesz" - zacytowałem - Cóż, jestem po podróży, musiałbym wziąć prysznic. A teraz wybacz, idę zająć się swoim nosem.

Morgan?

wtorek, 29 grudnia 2015

Od Morgan C.D. Toma

Chyba nie lubi kotów. Mój wewnętrzny radar tak mi właśnie podpowiadał.
Chłopak wyminął mnie szeroki łukiem, a potem gdzieś polazł. Nie powiem, wkurzyłam się lekko. Jak można nie lubić kotów?
W sensie mi wolno, bo to badziewna moc, ale jemu już nie. Nie i kropka.
Jako, że nie miałam nic do roboty, zaczęłam za nim podążać. Niezłą radochę sprawiało mi to jak co chwilę się oglądał, a potem przyspieszał kroku.
W pewnym momencie, zbyt skupiony na mnie, żeby widzieć kogokolwiek w około, podążał kolizyjnym kursem na jakiegoś nierozgarniętego rudzielca.
Miauknęłam w jego stronę, co miało oznaczać „uważaj idioto”, ale oczywiście nie ogarnął. Typowe.
Z impetem władował się w dziewczynę. Odskoczyli od siebie, a potem zaczęli się uśmiechać. No zajebiście.
- Przepraszam, moja podzielna uwaga jest do kitu – rudzielec wyciągnął w jego stronę dłoń – Jestem Sono.
Mój „przyjaciel” potrząsnął wyciągniętą kończyną.
- Tom – mruknął, ale jakoś tak przyjaźnie.
Tak nie może być. Znów przybrałam ludzką formę i podeszłam do wesołej parki.
- A ja Morgan – mój głos był wyjątkowo słodki.
Spojrzeli na mnie jak na kosmitę.
- Jak… co? S… Skąd ty tu…– rudzielec gubił się w słowach, a Tom patrzył tępo w moją stronę.
- Och, masz problemy z jąkaniem? Gdzieś tu musi być logopeda – wysyczałam do rudej – Sama znajdziesz, czy z chodzeniem też masz problemy?
Sono spojrzała na mnie z niedowierzaniem i, wielce obrażona, szybko się oddaliła.
Spojrzałam na Tom’a. Dalej miał ten samo idiotyczny wyraz twarzy co wcześniej.
- Wiesz… dziwnie pachniesz. Kim jesteś? – zapytałam, zbliżając się powoli – Mag? Wampir? A może… Wilkołak? – uśmiechnęłam się – To by tłumaczyło dlaczego nie lubisz kotów.

(Tom?)

Od Laury

A jednak stało się tak jak zapowiadała mi moja mama, trafiłam do szkoły. Spojrzałam na moja rodzicielkę. Wiedziałam, że jest już za późno na odwrót.
-Powiem to ostatni raz. - Zaczęła spokojnie. - Od dzisiaj sama za siebie odpowiadasz. Nie będę słuchać o tym jak kolejna osoba zginęła przez Ciebie, bo nazwała Cię kujonką.
-Ona zaczęła. - Syknęłam.
-Skończ! - Warknęła na mnie matka. - Przez Ciebie muszę wyprowadzić się z miasta.
***
Na miejscu wypakowałam rzeczy i dostałam klucz do swojego pokoju. Szybkie pożegnanie się z mamą i ... No właśnie i co dalej?
Westchnęłam, szybko przemknęłam spojrzeniem po torbach, kartonach, walizkach i wreszcie po dwóch motocyklach. Podwinęłam rękawy i zaczęłam nosić swoje rzeczy do nowego pokoju. Trzy kursy w tą i z powrotem i po wszystkim. Rozpakowanie nie zajęło mi dużo czasu. Spojrzałam na zegarek było jeszcze sporo czasu. A z tego co się dowiedziałam otworzyli tutaj całkiem nową i dobrze rozwiniętą salę botaniki. Wyciągnęłam z torby niewielką szklaną buteleczkę, w środku znajdował się czerwony, gęsty płyn. Uśmiechnęłam się sama do siebie, wrzuciłam swój wynalazek do kieszeni bluzy i wyszłam z pokoju zamykając go za sobą. Chwilę zajęło mi odnalezienie celu mojej podróży. Bo jak się okazało to były ogromne szklarnie, a nie sala. Nie ma to jak wypisywać głupoty na stronie szkoły, pomyślałam i wyciągnęłam fiolkę. Położyłam ją na blacie obok doniczki. Z drugiej kieszeni wyciągnęłam saszetkę z jednym małym nasionkiem. Włożyłam je delikatnie do dołka w doniczce i przysypałam ziemią.
Złapałam fiolkę i rozrobiłam jej zawartość z kilkoma kroplami wody. Dokładnie wymieszałam zawartość i miałam już wylać.
-Hej.
-Hej. - Odpowiedziałam nie odwracając się. - Cofnij się, nie gwarantuje, że nie wybuchnie. - Uśmiechnęłam się pod nosem i szubko wylałam płyn do doniczki. Po czym odwróciłam się i złapałam nieznajomą osobę za ramię, schowaliśmy się za rogiem w ostatniej chwili.
-Co... - Słowa przerwał wybuch. Odczekałam kilka sekund i wychyliłam się.
-Kur... - Zaklęłam pod nosem, wyciągnęłam paczkę z papierosami z moich szortów. Wzięłam jednego papierosa z paczki oraz zapalniczkę. Odwróciłam się w stronę nieznajomego.
-Jestem Laura. Przepraszam za to... - Rozejrzałam się, a wokół panowało delikatne pobojowisko. Doniczka rozleciała się w drobny mak, zresztą szkło tak samo. Wszędzie leżała ziemia, wybuch nieźle przypalił też blat stołu. Ledwo przyjechałam i już przypalam przedmioty, westchnęłam w duszy. - Palisz? - Wyciągnęłam papierosy w kierunku nieznajomego.
Ktoś?

Od Toma C.D. Morgan i Sono

- Kot? - zdziwiłem się - Kot! - wrzasnąłem i podskoczyłem.
Jasna jego mać, nikt mi nie powiedział, że są tu... Koty. Ochydne, fałszywe szczury. Zamknąłem drzwi i patrząc na te... Zwierzę wyminąłem je i udałem się na dół, żeby pozwiedzać. Jeszcze zdążę się rozpakować. Zaniepokoił mnie dźwięk cichych "tupów" który słyszałem doskonale. Odwróciłem się i zobaczyłem tego małego upiora. Mruczał.
- Odczep się - warknąłem do niego.
To chyba normalne, że wilkołaki nie lubią kotów, prawda? Ja ich nie cierpię. Obiecuję, jeszcze moment i kopnę go tak że się nie podniesie. 
Kot, lub kotka, cały czas mnie szpiegował. Jak na razie, i na całe szczęście, nie spotkałem żadnego innego ucznia. Jakoś nie mam ochoty na "Jestem Tom, profil sportowy, bla bla bla...". 
A czarny kot nadal dotrzymywał i kroku. O co mu chodzi!
Tak wpatrzyłem się w tego stworka że w końcu na kogoś wpadłem. Dziewczyna.
- Przepraszam, moja podzielna uwaga jest do kitu - uśmiechnęła się - jestem Sono- dodała, wyciągając rękę w jego stronę.
- Tom - uścisnąłem jej delikatną dłoń. 

Sono? Morgan?

Od Sono

-Halestorm!
Ten wrzask dał się słyszeć już od rana. Moja rodzinka, a raczej krewni, dalecy codziennie zrywali mnie z łóżka w ten sposób. Po nazwisku. Właściwie dwóch, ale oni łączyli to w jedno słowo.
-Sonohara-dopowiedziałam ziewając.
Zeszłam na dół, by kolejny raz usługiwać, lecz tym razem, coś chyba się zmieniło.
-ktoś po ciebie tu zaraz przyjdzie, ale jeszcze zdążysz zamieśc kuchnię-powiedziała moja ciotka przymilnym tonem. no jasne. Miła bo się mnie pozbędzie.
Zrobilam co trzeba. przez okno zobaczyłam faceta w garniaku.
-jedziesz do nowej szkoły-powiedziała z odrazą. Wiedziała kim jestem i za specjalnie tego nie lubiła. ona była człowiekiem. Zupełnie jak w Harry'm Potterze, tyle że ja byłam wampirzycą.
-za szczególnie mnie to nie obchodzi odpowiedzialam i poszłam się spakować. walizka i plecak. wszystko co miałam. I kolejne lata bez nich.
Gość zawiózł mnie do szkoly, jak się dowiedzialam, idealnej dla mnie.
Od razu zostałam zaprowadzona do pani dyrektor.
W aucie wypelniałam profil klasy, wybrałam kierunek. Bo byłam zapisana już od urodzenia. Wybór był prosty.
-Kierunek sportowy-powiedziala pani dyrektor.
-tak psze pani-odparłam, chcąc już opuścić gabinet.
pani pogadała chwilkę, dała mi plan zajęć, klucz do pokoju i mogłam odejść.
Przyglądając się mapie internatu, szłam szukając odpowiedniego numeru pokoju. Po drodze wpadłam na jakiegoś czarno włosego chłopaka.
-przepraszam, moja podzielna uwaga jest do kitu-uśmiechnęłam się z przepraszającym spojrzeniem.
-jestem Sono-dodałam wyciągając rękę w jego stronę.

[Chłopak?]

Od Morgan

- Morgan. Nie wygłupiaj się, nikogo nie obrażaj, ubieraj się stosownie, ucz się pilnie i nie baw się zbytnio wyglądem. Zrozumiałaś? – mój ojczulek, nie mógł na mnie spojrzeć, ale nadrabiał poważnym tonem.
- Oczywiście tatusiu. Ale… nie do końca rozumiem ostatni punkt. Mam nie robić… o tak? – nie, nikt nie wyczułby tego głęboko ukrytego jadu, kiedy moje włosy przybrały neonowo pomarańczowy kolor – Albo… tego mam nie robić? – Bum, teraz były to długie aż do ziemi, morsko – niebieskie sploty – Albo, może tego mam nie robić? - Spomiędzy zielonkawych pukli wystrzeliły czarne, puchate uszy – Albo…
- Skończ, Morgan! Wiem co próbujesz osiągnąć, ale ci się to nie uda – Obrzucił mnie zmęczonym spojrzeniem, a potem znów skupił się na drodze.
Wzruszyłam ramionami i, nie chcąc wdawać się w kolejną idiotyczną dyskusję, założyłam słuchawki.
Po niewiadomo jakim czasie poczułam szturchnięcie w ramię.
- Jesteśmy na miejscu – mruknął mój ojczulek i wysiadł, pewnie żeby wyjąć moje torby.
Przeciągnęłam się, żeby rozruszać zastałe mięśnie i dołączyłam do niego na dworze.
Przyjrzałam się wznoszącemu się przede mną budynkowi. Był wielki, stary i „arystokratyczny”. Bleh.
Ojciec ruszył w stronę ogromnych schodów, ciągnąc za sobą mój dobytek.
Podbiegłam do niego i niemal wyrwałam transporter z Doną i moją torebkę ze skarbami.
Doszliśmy do schodów, na których szczycie stała jakaś postać. Zgaduję, że dyrektorka.
Ojczulek, widząc, że nie ma innego wyjścia, użył swojej mocy, żeby przenieść moje walizki tuż pod same drzwi.
- Popisujesz się – mruknęłam i zaczęłam wspinać się po wyjątkowo gładkich stopniach.
Po jakichś 2 minutach byłam na górze. Stanęłam naprzeciw brązowowłosej kobiety w zwiewnej, niebieskiej sukience.
Mierzyłyśmy się spojrzeniami, każda wyrabiając sobie opinię o tej drugiej, póki nie pojawił się mój ojciec.
Kobieta oderwała ode mnie taksujące spojrzenie i z uśmiechem profesjonalistki odwróciła się do ojca.
- Witam w Black Academy. Jestem Alice Conolly, Wicedyrektorka - Wyciągnęła dłoń, którą mój ojciec delikatnie ucałował. Podwójnie Bleh. – A Pan to…
- Adam White. A to moja córka, Morgan – wskazał na mnie.
Alice zaklaskała, jak mała dziewczynka.
- Oczywiście. Oczekiwaliśmy państwa. Zechce Pan towarzyszyć córce w zwiedzaniu, czy… - zaczęła, ale ojciec przerwał jej w połowie.
- Nie, raczej będę już jechał. Jeśli mogłaby Pani się nią zająć, wytłumaczyć wszystko, byłbym wdzięczny – Uśmiechnął się szeroko do wice, posłał mi surowe spojrzenie i ruszył w stronę samochodu.
Zostałam sama z brunetką.
Po dwóch godzinach intensywnego zwiedzania, poznawania regulaminu, nauczycieli i innych pierdół, wreszcie mogłam chwilę odsapnąć w swoim nowym pokoju.
Stwierdziłam, że najpierw należy się rozpakować. Wypuściłam Donę z transportera, a potem zajęłam się wypakowywaniem ubrań.
Na szczęście szafa była pojemna, więc wszystkie się zmieściły. Potem poukładałam kosmetyki w łazience.
Kiedy wszystko już było pochowane, stanęłam przed lustrem i przyjrzałam się sobie.
Wiązana, gorsetowa sukienka do połowy ud w delikatnym beżu. Czarne pończochy w kotki i wysokie, żółto – pomarańczowe trampki. Do tego, ostatnio moje ulubione, białe włosy związane w gruby warkocz. Stroju dopełniały intensywnie zielone oczy i burgundowa szminka.
Uśmiechnęłam się do swojego odbicia i wyszłam na korytarz.
Na końcu korytarza dostrzegłam jakiegoś chłopaka. Zaciekawiona ruszyłam w jego stronę, ale zdążył już zniknąć w jednym z pokojów.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, wpadł mi do głowy „dobry” pomysł.
Zmieniłam się w kota i podbiegłam do drzwi, za którymi zniknął. Zaczęłam je zawzięcie drapać i syczeć.
Przerwałam na chwilę, by posłuchać zniecierpliwionych kroków chłopaka. Odsunęłam się, tak na wszelki wypadek, by nie zarobić otwierającymi się właśnie drzwiami.
Chłopak wyjrzał na korytarz. Dostrzegł mnie po krótkiej chwili i, zdziwiony, zaczął się we mnie wpatrywać.
Uśmiechnęłam się do niego po kociemu.
- Miau?
 
(Tom(as)?)

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Od Toma

- Nie bądź taki, przecież wiesz, jak ta szkoła przygotowuje do życia - powiedziała mama, zsuwając ze mnie kołdrę.
- Nie chodzi o to, tylko o to, że muszę zostawić was tu na cholernie długi czas - burknąłem siadając na łóżku.
- Zawsze mogę Billa przenieść do ciebie, ale to dopiero na semestr.
- Ta opcja mi się podoba.
Nie cierpię zostawiać Billa. Nienawidzę być z dala od niego. Jest moim bliźniakiem, do jasnej ciasnej. Jesteśmy jednym duchem w dwóch ciałach.. No i jesteśmy jak lusterko. On jest przed, ja w. Dlatego ja jestem lewo, a on praworęczny. To jest ta magia w nas. Magia w posiadaniu bliźniaka. Może i się różnimy - wyglądem czy zachowaniem, ale kiedy z niego zmyje się makijaż, zdejmie mu się kolczyki i te wszystkie ubrania, jest zupełnie jak ja. Chociaż on ma szerszą szczękę, jest wyższy i szczuplejszy. No ale kurde, bliźniak! Jednojajowy! Zawsze lubiłem go wkurzać, znikając mu z pola widzenia. Za to on, potrafi latać, i denerwuje mnie, ponieważ często podbierał mi rzeczy i wylatywał z domu, rzucając gdzieś do sadzawek. Jednak dorośliśmy, jesteśmy pełnoletni. Szkoda tylko, że muszę wyjechać. Pieprzone 10 minut nie robi różnicy!
Ale ktoś musi opiekować się mamą, dlatego Bill powinien zostać.. On umie pomóc i takie tam, ja się od tego wymigiwałem i teraz żałuję.
- Pora się spakować - mama rzuciła mi torbę podróżną na podłogę - Ubrania, potrzebne przedmioty typu szczoteczka, pasta do zębów, szczotka, patyczki do uszu..
- Poradzę sobie - spojrzałem na nią z politowaniem - Mam 18 lat, gdybyś zapomniała.
- Wiem, Tom. Ale po tych 18 latach ty jako pierwszy opuszczasz rodzinny dom.
- Tak samo było z twoim brzuchem. Bill nie wiedziałby, jak się urodzić, gdybym ja nie zrobił tego pierwszy - uśmiechnąłem się do niej, na rozluźnienie atmosfery - Gdzie on właściwie jest?
- Śpi.. Wczoraj był tak zaspany, że zamiast cukru z woreczka do herbaty dosypał sobie proszki nasenne. Oh, ten mój Billy!
- Nie zapomnę jak dwa lata temu siedział mi na kolanach i śpiewał piosenkę, tylko nie pamiętam, jaką. Był tak schlany, że szok.. Cud, że w ogóle dał radę usiedzieć!
Mama się zaśmiała.
- No cóż, zjedz śniadanie. Za godzinę masz pociąg. - westchnęła składając moją ulubioną bluzkę w idealną kratkę.
- Za godzinę? Kiedy Bill wziął te proszki i ile?
- Wczoraj około dziewiątej, wsypał sobie trzy łyżeczki.. Czyli pewnie obudzi się za jakieś dwie godziny..
- Nie wyjadę bez pożegnania z bratem - skrzyżowałem ręce na piersi
- Poskładaj resztę ubrań a ja spróbuję go obudzić. Ale Tom - zatrzymała się - POSKŁADAJ, nie pozwijaj i wrzuć do torby.
- Jasne, jaaaasne.. - wziąłem spodnie, złożyłem je i włożyłem do torby. Kiedy wyszła, wszystkie koszulki upchnąłem po rogach bagażu, spodnie zwinąłem w ruloniki. Z łazienki zabrałem swoje rzeczy i też je skitrałem w torbie. No i co? Jestem spakowany.
Zszedłem do kuchni i zrobiłem sobie płatki. Może ostatni raz w ciągu tego wyjazdu je jem? Ciekawe, co tam podają.. Mam profil sportowy, pewnie same zdrowe i odżywcze rzeczy. No ale kurczę, jakimś burgerem czy colą od czasu do czasu nikt nie pogardzi! Z resztą, pożyjemy - zobaczymy.
Bycie wilkołakiem nie jest fajne. Ile bym dał, żeby być normalny.. A nie, chować się przed każdą pełnią, żeby tylko żadna stróżka jej światła mnie nie dopadła. Co ja zrobię tam? Tu zawsze mama zamykała mnie w piwnicy, gdzie oprócz lampy nie było światła w ogóle. Wtedy pilnował mnie Bill.. Tresował mnie. O tak, tresowany wilkołak. Ja kiedyś skończę w cyrku, przysięgam!
A jeśli chodzi o dziewczyny.. To zawsze był tylko flirt, kilka pocałunków i "misiaków", nic więcej. Jakoś nie spotkałem jeszcze tej jedynej, która skradła by moje serce na dłużej niż godzina czy dwie. Stałe związki nie są dla mnie. To... To jeszcze gorsze niż więzienie. Raz obejrzysz się za inną, dostajesz po głowie. Zupełnie jak pies... Przecież ja jestem wilkołakiem. O czym w ogóle ja gadam? Dostaję na głowę.
Pora była pożegnać się z mamą. Billa nie dobudziła. Trudno. Ale będzie mi strasznie przykro, że nie opieprzył mnie na do widzenia. Nikogo oprócz wścibskich starych plotkar nie obchodziło, że wyjeżdżam. Tylko one, trzy wielkie hrabiny gapiły się na mnie.
Kiedy dotarłem na peron, pociąg akurat ruszał. Szybko wskoczyłem do pojazdu i usiadłem w pustym przedziale. Torbę wsunąłem pod kanapę i zniknąłem. Zrobiłem się niewidzialny. Po co ktoś ma się na mnie gapić? Nie lubię, kiedy ktoś to robi. Właśnie dlatego ta szkoła mi się nie widzi. Ale cóż, mama chce dobrze.
Całą drogę przespałem. Dopiero w lesie otworzyłem oczy. Czekała na mnie dorożka, z jakąś szczupłą panienką w środku. Czyżby uczennica? Całkiem niezła.
- Witaj w Black Academy - przywitała się - Nazywam się Alice Conolly i jestem wicedyrektor tej szkoły.
A zapowiadało się tak dobrze!
- Tom Kaulitz, miło poznać.
Rozsiadłem się na przeciwko niej. Po kilku sekundach ruszyliśmy. Byłem bardzo pobudzony, jednak znudzony tym wszystkim. Tylko czekać do przyjazdu Billa. To się zdziwią, że jest dwóch Kaulitzów!
- Słyszałam, że nie chciałeś rozstać się z bratem - zagadała
- A kto lubi rozstawać się z gościem, z którym siedział 9 miesięcy w jednym brzuchu? Musiałem dzielić się z nim jedzeniem, co nie było OK. - wzruszyłem, a ona się zaśmiała.
To nie miało być śmieszne.
- Widzisz Tom, doskonale, że wybrałeś profil sportowy. Twoja budowa ciała jest znakomita. Jak dobrze się orientuję, masz problemy...
- Z matmą, jasne. - wtrąciłem jej
- Gdybyś mógł mi nie przerywać, byłabym bardzo wdzięczna.
- Pffhh - prychnąłem i zrobiłem się niewidzialny, a ona spanikowała.
- Rozumiem, niewidzialny wilkołak.
- Ile w szkole ich jest?
- Bardzo dużo. Ale nikt nie musi wiedzieć, że nim jesteś.
- I tego się trzymajmy.
Po dojeździe do szkoły od razu wybrałem się do pokoju. Na razie nie miałem współlokatora, co mnie niezmiernie cieszyło. Może da się to utrzymać aż do przyjazdu Czarnego? Bliźniacy Kaulitz w jednym pokoju. Po co mi jakiś gostek którego nie znam? Wolę brata.

sobota, 26 grudnia 2015

Od Lucasa d.c. Stain'a

Mrah, nie ma to jak początek roku i od razu poprawy z biologii! Na dodatek na profilu biologicznym, po prostu miodzio. Tak czy inaczej nie było to przynajmniej nic trudnego. Po prostu nienawidzę zakuwać i najchętniej już teraz wyrwałbym się z tej szkoły gdzieś daleko. Szybkie strzelanie odpowiedziami... A, A, B, C, C, C, B, A.... On zawsze daje ten sam szyk odpowiedzi, tak jakby twierdził, że jesteśmy skończonymi debilami - coś w tym było. Wychodząc z sali zauważyłem znów tego samego chłopaka, no cóż... 2 raz przykuł moją uwagę i nie jest to negatywne? Brawo.
Ruszyłem korytarzem koło niego, a on był najwidoczniej zamyślony więc postanowiłem trochę go obudzić.
-Dobry! Starych znajomych już się nie pamięta? - spytałem jakby nigdy nic
Podniósł na mnie wzrok nie do końca wiedząc o co mi chodzi. Już miałem powiedzieć coś w stylu "nic, nic ważne" i usunąć mu wspomnienia ale chyba zajarzył. 
- A..., cześć - bąknął pod nosem tak jakbym dopiero go obudził. 
- Jesteś na biologicznym? - zapytałem dość obojętnie
On natomiast energicznie pokiwał głową. 
- To bardzo ciekawy profil - stwierdził
- Śmierdzi od Ciebie człowiekiem - powiedziałem opierając się o ścianę
- Co proszę? - zapytał bardziej zdziwiony niż obrażony 
- No? Człowiekiem, magiem, jednym z tych "tworów idealnych" jak się określają - rozwinąłem mu swoją wypowiedź
- Chyba mnie z kimś pomyliłeś - uśmiechnął się przepraszająco jakby mówił "Ja i ideał? Dobre sobie"
- Nie rób ze mnie idioty, to, że nie widziałem jakiej magii używasz nie znaczy, że nie widzę, że jesteś człowiekiem - odpowiedziałem 
- Ale ja nie jestem.. - zaczął jednak mu przerwałem
- Jesteś magiem, czyli człowiekiem - powiedziałem zanim zdążył zaprzeczyć 
- Mówisz to jakbym był najpospolitszą osobą na ziemi - odparł zrezygnowany 
- A tak nie jest? Gdybyś był wampirem, nie wiem, demonem, czy jak moja "przyjaciółka" antychrystem to rozumiem, ale zwykły mag? No proszę Cię, co druga osoba tutaj to mag - powiedziałem jak do debila, który naprawdę nic nie pojmuje
Na korytarzu nie było wielu ludzi, większość wolała od razu wejść do swojej sali niż się tutaj włóczyć. 

< Stain? Sorka, że tak długo> 

środa, 9 grudnia 2015

Od Stein'a d.c. Lucasa

Ironia? Jakże to był cudowny początek. Zapewne lepszy niż coś w stylu " Ej, patrzcie! Prawdziwy doktor Franken Stein do nas przybył. Będzie robił na nas szalone sekcje. Uhuhuhu... boję się. ". Rzuciłem mężczyźnie umęczone spojrzenie, ale wątpię, by je widział. Mimo to byłem mile zaskoczony. W sumie... jeśli były tu osoby pokroju dziewczyny zmieniającej się w kota, który ma ludzka posturę to mój wygląd nie powinien nikogo zbytnio dziwić. O dziwo, byłem nawet zadowolony. Uśmiechnąłem się lekko, podniosłem swe cztery litery i przeciągając się nieco nakręciłem sobie śrubkę.
-Oj... zwykle strzelam jak kulą w płot, więc nie musisz się martwić o swoją rozczochraną. - rzuciłem rozbawiony – Choć... niedługo może się to zmienić. - westchnąłem – Być może mi się z czymś w końcu poszczęści. - spojrzałem w księżyc odbijający się w tafli wody, a potem w rozgwieżdżone niebo. W mojej duszy narodziła się nadzieja i prawdopodobnie miała zamiar rosnąć. Ciekawe... bardzo ciekawe. Skąd u mnie takie " ludzkie " odczucia?
-Cóż... - sięgnąłem po walizkę -... będę się zbierał. Muszę znaleźć biuro czy coś w tym stylu, żebym nie musiał spać na ogrodach. - uśmiechnąłem się – Gdyby nie ty to zapewne bym tu usnął. Dziękuję, że mi na to nie pozwoliłeś. - rzuciłem wdzięcznie, zszedłem z mostu i ruszyłem brukowaną ścieżką. Światła w budynku nadal się paliły. Zyskałem więcej świadomości i już nie kręciłem się jak ułom po korytarzach akademii. Udało mi się znaleźć miejsce, gdzie pokierowali mnie do recepcji, w której było dość sporo osób. Całodobowa szkoła? Coraz ciekawiej.
Dano mi klucze do pokoju w akademiku i dano wszystkie niezbędne dokumenty, czyli plan zajęć, mapkę obiektu i tym podobne. Nie miałem najmniejszej ochoty tego czytać, więc postanowiłem, że jak tylko wpadnę do pokoju to od razu do łóżka i spać.
Przeszedłem chwilkę chodnikiem i trafiłem do akademika. Dałem kobiecie na recepcji dokument, że naprawdę mam tam zamieszkać, a nie wpadłem do kumpeli na imprezę. Okazało się, że owa kobieta mimo niezbyt olśniewającego wyglądu była miłą osobą i bez żadnych problemów pozwoliła mi przejść. Wsiadłem sobie do windy, która się niestety trochę wlokła, ale koniec końców wpadłem do swojego pokoju. Położyłem walizkę pod ścianą, ściągnąłem z siebie ubrania rzucając je gdzieś na ziemię i od razu zawinąłem się w kołderkę i zasnąłem. A o mężczyźnie spotkanym na moście zupełnie zapomniałem.
~~~~Rankiem~~~~
Nie zadzwonił mi budzik, bo po co ustawiać go wieczorem, aby zadzwonił na następny dzień. Mój zegar wewnętrzny obudził mnie jednak długo przed zajęciami i mogłem spokojnie zabrać się za rozpakowywanie. Kiedy wybiła godzina siódma rano przygotowałem się na zajęcia i udałem się do odpowiedniej sali. Moje pojawienie się nie zbudziło większego zainteresowania z czego byłem wręcz uradowany i gdybym tylko chciał to bym skakał z radości niczym Hatsune Miku. Pierwsze zajęcia to była anatomia człowieka. Lepiej trafić nie mogłem. Chrząstki, nerwy, krwiobiegi, mięśnie... cudowny przedmiot, który dawał tak wielką wiedzę o ludzkim ciele. Banan od ucha do ucha wymalował się na mojej twarzy i z takim zacieszem wparowałem do sali. Mieliśmy profesorkę... bardzo młodą. Zdziwiłem się, że tak młodzi ludzie mogą wykładać na akademiach, ale może miała wyjątkowy talent. Jak zwykle udzielałem się, dopytywałem o szczegóły, a z notatkami zapierdalałem jak mały motorek. Heh... faza na biologię tak bardzo. Zaraz rozległy się szepty, ale przestały one na mnie robić wrażenia parę lat wstecz, kiedy zacząłem dorastać i rozumieć ludzką nienawiść. Po zajęciach opuściliśmy salę. Akurat wychodziłem przedostatni. Ktoś był jeszcze za mną. Nagle ktoś mocno klepnął mnie w plecy.
-Dobry! Starych znajomych już się nie pamięta? - spytał znajomy głos. Przez chwilę – zwiecha systemu Windows, a później taki przebłysk – głos z wczoraj.

( Lucas? Przepraszam, że tak późno... szkoła i te sprawy. Jedno opowiadanie na dzień ;_; )

czwartek, 3 grudnia 2015

Od Lucasa d.c. Stain'a

- Luck, znowu? - usłyszałem głos dyrektora za swoimi plecami, na chwilę oderwałem się od swojej ofiary
Był nią mianowicie jakiś drągal, mag z przedostatniej klasy, który ostatnio strasznie mi się naprzykrzał. Był już nieprzytomny, a dookoła niego rozlana była kałuża krwi. 
- Nie moja wina, że mnie wkurwiał - odpowiedziałem jakby nigdy nic i kopnąłem leżącą na ziemi postać po raz kolejny w brzuch. 
Facet wydał z siebie jęk bólu, a na moje usta mimowolnie wkradł się uśmiech. Nie lubiłem zadawać bólu... No dobrze, nie wszystkim, ale jak już upatrzyłem sobie odpowiednią osobę - zarozumiałego maga, który myśli, że bycie strażnikiem to banał, a wszystkich magicznych traktuje jak zabawki - to ich krzyki i jęki tylko bardziej mnie ekscytowały. 
- Starczy - usłyszałem za sobą tym razem dużo bardziej szorstkie słowa
Prychnąłem, chciałem wymierzyć swojej ofierze kolejnego kopniaka kiedy niespodziewanie, jakby spod ziemi wyrósł między nami dyrektor. Wystarczyło jego delikatne pchnięcie i już siedziałem urażony na ziemi, a kiedy zobaczyłem czerwony, złowieszczy błysk w jego oczach zaraz cofnąłem się jeszcze o dwa metry. 
- Powiedziałem coś - warknął nieprzyjemnie, a ja chcąc nie chcąc energicznie pokiwałem głową
Obserwowaliśmy chwilę siebie nawzajem. Po paru minutach pan Medrain westchnął ciężko i spojrzał na drugiego ucznia, który zniknął od razu tak samo jak kałuża krwi. Pewnie od razu znalazł się w skrzydle szpitalnym. 
- Mam Cię znowu zapisać na jakąś terapię? Jak nie zamykasz się w sobie to robisz się agresywny i tak w kółko - powiedział stawiając mnie na nogi telekinezą 
Wzruszyłem ramionami. 
- I tak nie będę tam przychodzić - zauważyłem kwaśno 
- Więc można znajdź sobie lepsze hobby od pokazywania nieco zarozumiałym uczniom, że nie jesteś popychadłem - zaproponował 
- Nie chce mi się znowu o tym gadać - rzuciłem tylko ruszając korytarzem. 
Denerwowały mnie te ciągłe pogawędki o tym jaki to ja jestem, a jaki być powinienem. Jestem w końcu złym duchem, zbłąkaną duszą, demonem.... jak to sobie wszyscy tłumaczą. Właściwie nikt nie umie sprecyzować czym jestem. Częścią człowieka, duszy? Czy może potomkiem szatana jak inne demony? Wszyscy przynajmniej wiedzą skąd pochodzą, co jest im przypisane, przynajmniej w tej szkole. Mnie tutaj wysłali by się mnie pozbyć, bym mógł sobie siedzieć tutaj i nikomu nie przeszkadzać, a najlepiej jakbym zniknął gdzieś w lesie i nigdy nie wrócił jak inne Wendigo w historiach. Bla, bla, bla, sranie w banie. Skoro wszyscy mają mnie gdzieś będę robił co chce, w końcu i tak wszystko im jedno co się ze mną stanie. 
Wyszedłem szybkim krokiem na zewnątrz. Był już wieczór, księżyc wolno wkradał się na niebo. Na chwilę lekko się uśmiechnąłem. Nie na długo. 
"Przecież nie jesteś wilkołakiem ośle" - zganiłem się w myślach. 
Nasunąłem kaptur na głowę i ruszyłem w kierunku lasu. Minąłem ogrody. Zauważyłem jakąś postać siedzącą na moście. Co za debil siedzi tam w środku nocy? Ah... no tak.... Z walizką. Pewnie jakiś nowy. Właściwie gdyby nie siedział mi na drodze nic by mnie to nie obchodziło. Odwróciłem wzrok, przeniosłem go na las. To chyba jedyne miejsce, do którego mnie ciągnie, w którym czuję się normalny i potrzebny. 
- Czemu jestem taki zmęczony? - usłyszałem głos chłopaka
No, no! Jest tu dopiero od niedawna, a już gada do siebie! Widać, że albo mu się to miejsce zaczęło udzielać albo jest dla niego stworzone!
Minąłem go na moście bez słowa gdy nagle podskoczył jak oparzony. 
- Spirit?! - krzyknął odwracając się do mnie ale zaraz mina mu zeszła
Najwidoczniej oczekiwał kogoś innego, ale co ja mu poradzę? Nikt nigdy nie oczekuje mnie więc zbytnio mnie to nie zdziwiło. Wyszczerzyłem do niego zęby, które jak sam poczułem były już niego szpiczaste... Już w końcu noc, a do lasu tak blisko... Chciałbym się już zanurzyć w jego gęstwinie. 
- Nie, strzelaj dalej, tylko kogoś nie zabij - zadrwiłem patrząc na niego z góry 
Kaptur nieco opadł mi na oczy przez co sam zauważyłem, że im także udzielił się ten klimat przez co zaczęły świecić na czerwono. Może chociaż źrenice mi zostały by nie przerazić go zupełnie? 

< Stain?>

Notka:
Nie martw się w opowiadaniu tym tutaj, zaraz Lu spoważnieje. Czasem ma lekkie wahania nastroju ale niezbyt duże.
Szablon wykonała Sasame Ka dla Zaczarowane Szablony