wtorek, 29 grudnia 2015

Od Morgan

- Morgan. Nie wygłupiaj się, nikogo nie obrażaj, ubieraj się stosownie, ucz się pilnie i nie baw się zbytnio wyglądem. Zrozumiałaś? – mój ojczulek, nie mógł na mnie spojrzeć, ale nadrabiał poważnym tonem.
- Oczywiście tatusiu. Ale… nie do końca rozumiem ostatni punkt. Mam nie robić… o tak? – nie, nikt nie wyczułby tego głęboko ukrytego jadu, kiedy moje włosy przybrały neonowo pomarańczowy kolor – Albo… tego mam nie robić? – Bum, teraz były to długie aż do ziemi, morsko – niebieskie sploty – Albo, może tego mam nie robić? - Spomiędzy zielonkawych pukli wystrzeliły czarne, puchate uszy – Albo…
- Skończ, Morgan! Wiem co próbujesz osiągnąć, ale ci się to nie uda – Obrzucił mnie zmęczonym spojrzeniem, a potem znów skupił się na drodze.
Wzruszyłam ramionami i, nie chcąc wdawać się w kolejną idiotyczną dyskusję, założyłam słuchawki.
Po niewiadomo jakim czasie poczułam szturchnięcie w ramię.
- Jesteśmy na miejscu – mruknął mój ojczulek i wysiadł, pewnie żeby wyjąć moje torby.
Przeciągnęłam się, żeby rozruszać zastałe mięśnie i dołączyłam do niego na dworze.
Przyjrzałam się wznoszącemu się przede mną budynkowi. Był wielki, stary i „arystokratyczny”. Bleh.
Ojciec ruszył w stronę ogromnych schodów, ciągnąc za sobą mój dobytek.
Podbiegłam do niego i niemal wyrwałam transporter z Doną i moją torebkę ze skarbami.
Doszliśmy do schodów, na których szczycie stała jakaś postać. Zgaduję, że dyrektorka.
Ojczulek, widząc, że nie ma innego wyjścia, użył swojej mocy, żeby przenieść moje walizki tuż pod same drzwi.
- Popisujesz się – mruknęłam i zaczęłam wspinać się po wyjątkowo gładkich stopniach.
Po jakichś 2 minutach byłam na górze. Stanęłam naprzeciw brązowowłosej kobiety w zwiewnej, niebieskiej sukience.
Mierzyłyśmy się spojrzeniami, każda wyrabiając sobie opinię o tej drugiej, póki nie pojawił się mój ojciec.
Kobieta oderwała ode mnie taksujące spojrzenie i z uśmiechem profesjonalistki odwróciła się do ojca.
- Witam w Black Academy. Jestem Alice Conolly, Wicedyrektorka - Wyciągnęła dłoń, którą mój ojciec delikatnie ucałował. Podwójnie Bleh. – A Pan to…
- Adam White. A to moja córka, Morgan – wskazał na mnie.
Alice zaklaskała, jak mała dziewczynka.
- Oczywiście. Oczekiwaliśmy państwa. Zechce Pan towarzyszyć córce w zwiedzaniu, czy… - zaczęła, ale ojciec przerwał jej w połowie.
- Nie, raczej będę już jechał. Jeśli mogłaby Pani się nią zająć, wytłumaczyć wszystko, byłbym wdzięczny – Uśmiechnął się szeroko do wice, posłał mi surowe spojrzenie i ruszył w stronę samochodu.
Zostałam sama z brunetką.
Po dwóch godzinach intensywnego zwiedzania, poznawania regulaminu, nauczycieli i innych pierdół, wreszcie mogłam chwilę odsapnąć w swoim nowym pokoju.
Stwierdziłam, że najpierw należy się rozpakować. Wypuściłam Donę z transportera, a potem zajęłam się wypakowywaniem ubrań.
Na szczęście szafa była pojemna, więc wszystkie się zmieściły. Potem poukładałam kosmetyki w łazience.
Kiedy wszystko już było pochowane, stanęłam przed lustrem i przyjrzałam się sobie.
Wiązana, gorsetowa sukienka do połowy ud w delikatnym beżu. Czarne pończochy w kotki i wysokie, żółto – pomarańczowe trampki. Do tego, ostatnio moje ulubione, białe włosy związane w gruby warkocz. Stroju dopełniały intensywnie zielone oczy i burgundowa szminka.
Uśmiechnęłam się do swojego odbicia i wyszłam na korytarz.
Na końcu korytarza dostrzegłam jakiegoś chłopaka. Zaciekawiona ruszyłam w jego stronę, ale zdążył już zniknąć w jednym z pokojów.
Nagle, zupełnie niespodziewanie, wpadł mi do głowy „dobry” pomysł.
Zmieniłam się w kota i podbiegłam do drzwi, za którymi zniknął. Zaczęłam je zawzięcie drapać i syczeć.
Przerwałam na chwilę, by posłuchać zniecierpliwionych kroków chłopaka. Odsunęłam się, tak na wszelki wypadek, by nie zarobić otwierającymi się właśnie drzwiami.
Chłopak wyjrzał na korytarz. Dostrzegł mnie po krótkiej chwili i, zdziwiony, zaczął się we mnie wpatrywać.
Uśmiechnęłam się do niego po kociemu.
- Miau?
 
(Tom(as)?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon wykonała Sasame Ka dla Zaczarowane Szablony