sobota, 9 stycznia 2016

Od Sono D.C. Dominic'a

Zdziwiłam się, że Dominic nic nie powiedzial. Po prostu skinął głową.
Poszliśmy więc w trójkę na stołówkę, gdzie wampir skręcił gdzies we własne strony. Wzruszylam ramionami..
Podeszlam z Tomem do baru.
Ja jak zwykle wzięłam sobie sałatkę i świeży syntetyk krwi, za to Tom naładował sobie furę jedzenia.
Znalazłam wolny stolik i usiedliśmy.
-gdzie Ty to wszystko mieścisz chudzielcu?-zapytałam w czasie gdy pochłaniał to wszystko.
-wilk musi jeść -odparł z ustami pełnymi ziemniaków. Przelknal i sie wyszczerzył ukazując białe zęby. Zaśmiałam się serdecznie.
Później juz kończyliśmy posiłek w milczeniu.
Wilk już zjadł. Przyglądał się, jak sączę mój napój.
Zamyśliłam sie
Całkiem nieźle jest w tej akademii. Nie miałam pojęcia, że będę się tu czuć dobrze. Ale wspomnienie zaginionej siostry dalo o sobie znać. Zastanawialo mnie, gdzie byla. I co najważniejsze, czy żyła, chociaż tej egzystencji nie można było nazwać życiem. Bycie wampirem to znaczy oszukać przeznaczenie, śmierć. Ukraść komuś lata życia.
-Sono, jesteś tutaj?
Powoli wróciłam do rzeczywistości. Tom przyglądał mi się badawczo.
I czułam również na sobie inne spojrzenie. To Dominic przysłuchiwał się nam
-tak, chodźmy stąd. Nie lubię jak ktoś podsłuchuje moje myśli i rozmowę -powiedziałam.
Chłopak się z tym zgodził.
Zaproponowałam mój pokój. Zawahał się ale poszedł.
-wow. Jasno tu-zawolal na widok mojej sypialni.
-bycie wampirem nie koniecznie oznacza czarne ściany. Osobiście uwielbiam fioletowy-zaśmiałam się.-rozgość się-dodałam siadając na łóżku. Mój kolega wybrał fotel.
-chcesz, możemy posłuchać muzyki -zaproponowałam.
Tom wstal i podszedł do półki przeglądając moje płyty, których miałam niezła kolekcję. Od Iron Maiden przez Evanescence a kończąc na pentatonix i Tokio hotel.
-imponujący zbiór.-zagwizdał z podziwem.
-muzyka jest najlepsza na bycie samotnym wampirem.-wzruszylam ramionami.

<Tom?>

piątek, 8 stycznia 2016

Od Toma D.C. Sono

No no, widzę, że namieszałem. Kurczę, nie chciałem źle, ale żaden pieprzony nietoperz nie będzie mnie psem nazywał. Krwiopijca, jasna krew. 
Odczekałem, aż Sono się ode mnie odlepi, dopiero potem przemieniłem się w człowieka.
- Wnioskuję, że jako wilk jestem równie przystojny jak i w postaci ludzkiej - zaśmiałem się.
Nie wiem, dlaczego, ale Sono.. Spodobała mi się. Nie tak do związku, ale no.. Nie chciałem się przecież z nikim kolegować, a widzę, że moje plany diabli wzięli. Cóż.
- Widziałam wiele wilków ale do żadnego się jeszcze nie przytulałam, i żałuję - zaśmiała się - Ale jakim cudem jesteś tak.. Opanowany? - zapytała
- To zasługa Billa. Kiedy nie zdążyłem wbiec do piwnicy w czasie pełni, przemieniałem się. Dopiero wtedy brał mnie za sierść na karku, ciągnął do piwnicy i.. Tresował. Śmiej się, ale dzięki temu nikogo jeszcze nie zabiłem.
Pffhh.. Tresowany wilk, jak to debilnie brzmi. Ale co, mam kłamać? Wiele zawdzięczam Billowi, jeśli chodzi o przemiany. Miałem tylko jego, bo ojciec zginął. 
Jak? No.. W czasie pełni uciekł i wbiegł prosto pod pociąg.. To było straszne, zakopywać ojca w lesie. Bo przecież nie pochowasz PSA w trumnie, na cmentarzu, prawda? Zresztą, nawet by się do tego pudełka nie zmieścił. Alfa z watahy swojej rodziny. Największy wilk z naszej watahy. Teraz powinienem być nim ja, ale ojciec miał drugie życie, czwórkę szczeniąt, i to temu najstarszemu trafiło się bycie Alfą. Trudno.
- Mówię do ciebie - Sono zaklaskała mi przed oczami - Idziemy na kolację? Dzwonek dzwoni dwie minuty temu.
- Pewnie! Dominic, idziesz z nami? - na moje pytanie kiwnął głową.

Sono?

Od Sono D.C. Toma

-Dominic! - krzyknęłam. Niemożliwe że się tak zachowuje.
-no co?-prychnął.
-musisz się tak zachowywać? Każdy jest równy. To, że Tobie nie pasuje coś, myślisz że jesteś kimś bo jesteś pijawką, to się grubo mylisz!- wybuchłam.
Nie mogłam znieść tego co wygadywał. Byłam na niego zła, co już zdążył odczytać z moich myśli. Zablokowałam je.
Tom, jeszcze pod postacią psa, przyglądał się nam. Niestety nie mógł mówić gdy byl wilkiem, a wygladal wspaniale.
-dałabym wszystko, by być wilkiem, zamiast żyć tysiące lat bez sensu samotnie. -powiedziałam patrząc w oczy Dominic'owi.
Przytuliłam Toma. Miał cieple, miękkie futro. Śmierdział psem, ale co z tego. Nie miałam nic do nikogo. No może do kocic ale jak ci sie taka paleta przy nodze można ją kopnąć.
-nikt nie będzie przy mnie obrażać innych -zakończyłam.

<Tom, Dominic?>

Od Toma D.C. Morgan

*dwie godziny wcześniej*
Po rozmowie z kocicą postanowiłem wziąć prysznic. Byłem mega zmęczony podróżą. Dziś pełnia, mam nadzieję, że eliksir który podarował mi Bill zadziała. 
Zabrałem szczoteczkę, pastę, żel pod prysznic, ręcznik i czyste bokserki, a następnie udałem się do łazienki. Odkręciłem kurek z ciepłą wodą i po rozebraniu się wskoczyłem pod prysznic. O tak, tego mi brakowało. 
W
Najpierw oczyściłem się z potu i innych zanieczyszczeń, dopiero potem umyłem zęby.
Wytarłem się ręcznikiem, ubrałem bokserki i opuściłem pomieszczenie.
- Co ty tu.. - zdziwiłem się, widząc Morgan w moim pokoju.
- Niespodzianka - zaśmiała się ironicznie - Cieszysz się? 
Zmierzyła mnie i uniosła brwi 
- Mogłabyś stąd wyjść? - spytałem, podchodząc do walizki. Wyjąłem z niej koszulkę, jeansy, skarpetki i bluzę z kapturem. 
- Wyjść? A po co? Boisz się że się przy mnie przemienisz? 
- Przykro mi misiaczku, ale mojej przemiany możesz nigdy nie doczekać.
- Nie byłeś jeszcze w postaci wilka? - oblizała wargi
- Byłem - rzekłem, ubierając się - Ale mam swoje sposoby na pełnię.
- Szkoda.. Ale ciało to ty masz niezłe.
- Emm... Dzięki? - byłem w trakcie zakładania butów
- Wybierasz się gdzieś? 
- Na to wygląda - uciąłem krótko
- Dokąd? - spytała
- Tam gdzie ciebie nie ma - warknąłem
- Wariacie, ja mogę być wszędzie i wszystkim.
- Jakoś mnie to nie interesuje - zamknąłem okno i podszedłem do drzwi i otworzyłem je na oścież - Wyjdziesz sama czy mam ci pomóc? 
- Psia jego mać - burknęła i wyszła. 

Morgan?

czwartek, 7 stycznia 2016

Od Toma D.C. Sono

- Widzisz - zacząłem z uśmiechem na twarzy - Kiedy mama była w ciąży, nasza rasa nie była zbyt przewidywalna, gdyż mama jest wampirem, a ojciec wilkołakiem. Niestety, po naszych narodzinach okazało się, że powinniśmy być wilkołakami.. A Bill był zwyczajny. Śmiertelny, zwykły niemowlak. To było okrutne dla nas obu, gdyż ja czuję jego ból.. Mama musiała go ugryźć, żeby mógł żyć normalnie. Ja czułem to co on. Ta okropna noc śni mi się codziennie.
- To straszne - zmartwiła się - I co, nikogo nie obchodzi, że bliźniaki a innej rasy? - spytała
- Czy ja wiem. Jesteśmy identyczni, może Bill jest wyższy, szczuplejszy i bladszy, ale jakoś specjalnie się nie odróżniamy. Zresztą będziesz mogła go zobaczyć, bo on też będzie chodził tu do szkoły.
- Mhm - odparła - Czyta w myślach?
- Jak każdy wampir - zaśmiałem się - Bill jest nietypowym kolesiem. On maluje sobie oczy. Robi to tak jak dobra makijażystka. Czasem się zastanawiam czy nie powinien być kobietą, ale cóż - w końcu to mama go ugryzła. Może coś w tym jest.
- Może - uśmiechnęła się - Tom?
- Huh? - spojrzałem na nią
- Pokaż jak wyglądasz w postaci wilka - zagryzła całą dolną wargę
- Nie - pokiwałem głową
- Prooooooszę - zrobiła minę zbitego psa.
- Ehhhh... No okej - wstałem, odsunąłem się od niej na około dwa metry i przemieniłem się.
Jako wilk dorosły mam prawie 2 metry wzrostu. Moja sierść jest brązowo-biszkoptowa, a oczy są jaśniejsze niż moje czekoladowe. 
Dziewczyna wzdrygnęła się.
- Wow - szepnęła - Wspaniały 
Podszedłem do niej i usiadłem. Czasem lubię zachować się jak pies, skoro tak jestem nazywany. 
- Umiesz mówić? - zapytała, głaskając mnie po pysku, a ja przekręciłem głowę. - Hah, czyli że nie.
- Sono? - przerwał nam Dominic - Kto to?
- Nasz kolega Tom, zasługuje na przeprosiny, nieprawdaż? - spojrzała na niego, a po chwili zeszła z ławki i wtuliła się w moje futro. - Śmierdzisz. 
- Nie będę mówił do niego, kiedy jest psem - na te słowa warknąłem.
- Mógłbyś wziąć na wstrzymanie - pogłaskała mnie.
Znów poczułem się jak wybryk natury. Jak.. Ktoś inny. Nienawidzę tego uczucia.

Sono?

Od Lucasa d.c. Morgan

No cóż. Sam atak na mnie był doprawdy szczytem bezczelności ale jeszcze ta szopka - masakra. Miałem nadzieję, że jak najszybciej pozbędę się niechcianej osoby i odejdzie ona jak najdalej się da.
- Kotku jakby to było takie proste to sam bym się zabił - warknąłem, kiedy tylko na tyle się ogarnąłem by złapać nieco myśli i trzeźwość myślenia
- Zawsze mogę spróbować - zaśmiała się cicho
- Proszę, miłej zabawy - powiedziałem i skrzywiłem się
Poczułem jak przejeżdża ostrymi pazurami po moim karku, a potem jak wszystko się pięknie, samo zrasta.
- Jesteś jakimś demonem czy jak? - zapytała wstając powoli
- Powiedzmy - stwierdziłem
Cofnęła się nieco ode mnie, a ja powoli wstałem. Poczułem wolno, że się zmieniam, yh, może powinienem zacząć nad tym panować? Chociaż i tak lepiej ze mną niż z większością wilkołaków w tej szkole, ale do kogo ja się porównuje? No tak, zapomniałem, nie mam do kogo innego się porównać.
- Dziwak z Ciebie - powiedziała nie wiedząc widocznie jak to ująć
- Słuchaj, nie jestem jakimś pierwszym lepszym magiem czy demonem jasne? Niby nic Ci nie zrobię, ale nie radzę się do mnie zbliżać - bąknąłem odwracając się i ruszając dalej swoją drogą.
- Co? Nie panujesz nad sobą jak oni? - zaśmiała się cicho
- Panuję, co nie znaczy, że chcę byś za mną łaziła - warknąłem
Przemieniłem się w swoją normalną formę. No, no, gdyby nie to, że czasem też jestem człowiekiem to serio bym nie wychodził z lasu. Pomijając fakt, że to ciało całe składa się z kości ścięgien i innych części, z których obecności nie skaczę pod sufit przez szczęście, to jeszcze miałem jakieś dziwaczne zawroty głowy, kiedy znów zmieniałem się w człowieka. Zniknąłem szybko w lesie, tam było przynajmniej cicho, dopóki jakiś imbecyl się w niego nie zapuszczał.


< Morgan?>

Od Morgan d.c. Toma

Chłopak odwrócił się na pięcie i pomaszerował do swojego pokoju.
Popatrzyłam na niego przeciągle, kiedy drzwi się za nim zatrzasnęły znów przybrałam moją kocią formę.
~Czas się trochę zabawić.~
Wybiegłam na dwór i szybko okrążyłam budynek w poszukiwaniu odpowiedniego okna. Dojrzawszy wreszcie to, którego szukałam, zaczęłam się szybko wspinać po chropowatej ścianie.
Wszelkie wystające gzymsy i liczne ozdoby tylko ułatwiały mi zadanie.
Wskoczyłam na niewielki parapet i, cóż za szczęście, wślizgnęłam się do pokoju przez szeroko otwarte okno.
Zgrabnie zeskoczyłam na podłogę, w locie zmieniając postać.
Przygładziłam śnieżnobiałe sploty i, po chwili namysłu, zabarwiłam ich końcówki na wściekły pomarańcz.
Usiadłam w pozycji kwiatu lotosu i wpatrzyłam się w drzwi, zza których dało się słyszeć szum prysznica.
Zamrugałam jeszcze kilka razy, zamknęłam oczy i czekałam, aż Tom zdecyduje się opuścić łazienkę.
(Tom? Co ty na to :3?)

Od Lucasa d.c. Madeleine

- Nie, ale mogę się zmienić w Wendigo jeśli to poprawi Ci humor - odpowiedziałem zbliżając się nieco do Madie - Jak było w domu?
- Nie najgorzej, gorąco mnie powitali - odgryzła się i ruszyła dalej w kierunku budynku wznoszącego się kilkadziesiąt metrów dalej.
Dogoniłem ją i ruszyłem obok.
- Czekałeś na mnie? - zapytała obojętnie
- Jasne, miałaś mi przywieść pamiątkę nie? - odpowiedziałem
- Myślałam, że żartujesz - skrzywiła się
- I nie wzięłaś? No nic... Przeżyję wasz brak sklepików z pamiątkami - uśmiechnąłem się krzywo
- Jakoś musisz - rzuciła
- Nie mam wyboru - przyznałem z krzywym uśmiechem na ustach
Śnieg zaczynał wolno padać więc przyśpieszyliśmy kroku. Po 5 minutach zamknęliśmy za sobą wielkie drzwi w samą porę bo za nami rozpętała się prawdziwa burza śnieżna. Madie ruszyła do swojego pokoju, a ja obok nieco znudzony.
- Masz zamiar teraz tak za mną łazić? - spojrzała na mnie kontem oka
- Nie mogę? - uśmiechnąłem się do niej lekko i dość drwiąco.
Wzruszyła ramionami.
- Skoro musisz, ale jak oberwiesz drzwiami mojego pokoju to aż się obliżesz - stwierdziła
Wsunąłem ręce w kieszenie. Korytarze były teraz puste, jak zwykle o tej godzinie. Wszyscy, którzy mieli opuścić w nocy akademie już wyszli, a Ci, którzy jej nie opuszczali smacznie spali.
- Trochę mi się nudzi, a bynajmniej, nie mam nic do roboty u siebie - powiedziałem kiedy weszliśmy do odpowiedniego korytarza.

< Madie?>

Od Morgan d.c. Lucasa

Właśnie zażywałam kąpieli w blasku wschodzącego księżyca, leżąc na jednym z licznych gzymsów otaczających wejście do akademii, kiedy drzwi pode mną otworzyły się z rozmachem.
Ubrany na czarno chłopak wyszedł z budynku i ruszył w kierunku lasu.
Patrzyłam na niego z niedowierzaniem, by po chwili być już na dole i podążać za nim.
Syknęłam cicho i, nie do końca wiedząc dlaczego, wskoczyłam mu na plecy.
W locie znów przybrałam swoją ludzką postać i całym swoim ciężarem (niewielkim co prawda) powaliłam go na ziemię.
Umościłam się w miarę wygodnie i posłałam mu jeden z moich firmowych uśmiechów. Szkoda, że nie mógł go zobaczyć.
- Jeśli chcesz zginąć, to było się po prostu do mnie zgłosić – mruknęłam – a nie, jak ten ostatni idiota, łazić do lasu w pełnię.
(Lucas?)

wtorek, 5 stycznia 2016

Od Sono D.C. Toma

Serio... Juz gorzej być nie mogło.
-Tom! -zawołałam za chłopakiem, który zniknął mi z oczu.
Nie zwracając uwagi na Dominic'a pobieglam za wilkiem w las.
Nawolywalam go, lecz zero odpowiedzi.
Wyostrzylam zmysły. Juz wiedziałam.
Wycofalam sie z lasu i pobiegłam do parku.
Siedział na ławce przy fontannie.
-Tom.-powiedziałam. Nawet na mnie nie spojrzał.-przepraszam za niego. Ja... On mi też czyta w myślach, za co mam ochotę go walnąć.
Westchnęłam.
-niech go nie obchodzi moja rodzina. I co z tego ze jesteśmy różni pod względem rasowym.-wygarnął ze złością.
-ja bylam znienawidzona za bycie wampirem. Nie chcialam nim być.
Podzielilam się z chlopakiem moją historią. O tym wypadku w samolocie, jak moja siostra uciekła po morderstwie rodziców.
-snutna historia -powiedzial.
-nie ma co,sie,załamywać, zawsze mogłam skończyć jak jakiś kocur.-skrzywiłam się , na co na twarzy Toma pojawił się uśmiech.
-nie martw się, jesli chodzi o ciebie i brata. Możesz platac niezłe figle z rodzeństwem.-dodałam.

<Tom?>

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Od Toma D.C. Sono

Zobaczyłem Sono z jakimś chłopakiem. Czułem ich chłód, wampiry. Breh. 
Dziś pełnia, ale mam na nią szczerze wyrąbane. Dostałem od Billa eliksir dzięki któremu wytrwam najbliższe 7 pełni w postaci człowieka. Podszedłem do nich i przywitałem się.
- Miałaś oprowadzić mnie po szkole - przypomniałem
- Ach, zapomniałam - uderzyła ręką w czoło - Przepraszam
- Luz - puściłem jej oczko
- My się chyba nie znamy - wtrącił chłopak - Jestem Dominic - wyciągnął rękę w moją stronę
- Tom - uścisnąłem ją nieśmiało
Dominic i ja skrzywiliśmy się. Dla mnie jego dłoń była za zimna, a dla niego moja pewnie za gorąca. Wampiry.
- Wydaje mi się że twój brat jest wampirem - chłopak wykrzywił się
- Ty nietoperek, nie grzeb mi w bani - moje dłonie zacisnęły się w pięści
- Jakim cudem, skoro ty jesteś psem? - spytał złośliwie
- Spadam stąd, za nim wyczytasz mi z głowy straszną historię - prychnąłem - Trzymaj się, Sono.
Odszedłem jak najszybciej tylko mogłem, starając się nie myśleć o tym przykrym, dla mnie i Billa, wydarzeniu.

Sono? Dominic?

Od Sono D.C. Domonic'a

-wampirem nie można sie urodzić. Wampirem sie stajesz-powiedzial Dominic, spoglądając w dal. Wygladal na zmartwionego. Czułam, że nie ma nastroju. 
-tak... Znam to uczucie... Wszyscy bliscy umierają a Ty żyjesz dalej. Nie ugryziesz ich, by nie,skazywać swoich bliskich na życie wieczne jako martwy ale żywy.-powiedziałam cicho, ale wiem, ze mnie słyszał. Wampiry mają dobry sluch.
Chłopak patrzył w księżyc. Jego blada skora skrzyla się w blasku nocy.
Gdzieś głęboko byłam przekonana, że jest moją bratnią duszą.
-też straciłam bliskich.-odezwalam sie jakis czas później. 
-w jaki sposób ?-zapytal, lecz juz znal odpowiedź. Wyczytal ją z moich myśli. Przemienieni razem ze mną, szczęśliwi że będziemy razem na zawsze, a potem brutalnie zamordowani. I zaginiona siostra, którą szukalam chcąc sprowadzić do domu.
Przykro mi. Usłyszałam w glowie. Dominic przemawiał do mnie telepatycznie, tworząc więź. 
-jesteśmy więc skazani na samotność.-westchnęłam odwracając wzrok i bębniąc palcami w most, na który staliśmy.
Powietrze drgalo od lekkich powiewów, które staly się coraz mocniejsze.
-wracamy?-zapytałam.

<Dominic>

Od Lucasa

Deszcz nieznośnie uderzał w szybę, co tylko bardziej mnie irytowało. Kolejna lekcja anatomii, a ja zastanawiałem się coraz poważniej nad zmianą profilu. Kap, kap, kap. Słuchałem jedynie tego kiedy dotarło do moich uszu coś, czego naprawdę nie chciałem słyszeć.
- Panie Gotti, to jest lekcja, a nie drzemka w przedszkolu - usłyszałem szorstki głos nauczyciela.
- Taa - bąknąłem tylko podnosząc na niego wzrok
- Wiesz..., kazałbym Ci odpowiedzieć na jakieś pytanie, na które i tak nie odpowiesz bo jesteś po prostu głupi i nie nadajesz się zarówno do tego jak i do innych przedmiotów - powiedział wielce uczonym tonem
- Jaki pan motywujący - bąknąłem znów zerkając za okno
- Tak, dlatego dostaniesz dodatkowe zadanie domowe, fajnie co? - odpowiedział z szerokim uśmiechem na ustach
- Cudownie - stwierdziłem
On jednak już kontynuował lekcję. No to tak... Pogoda? Do dupy. Lekcje? Jeszcze gorsze. Mmm, a na deser miała być jeszcze pełnia, super, las pełny wilkołaczków, które nie umieją sobie poradzić z przemianą - miodzio. Kocham takie dni, po prostu brakuje jeszcze tylko kogoś kto by mi skręcił kark... Szkoda tylko, że by mnie to nie zabiło, a po prostu zrastało się miesiąc! Dobrze, skoro już starczy narzekania - robi się to nudne to przejdźmy dalej.
Oczywiście zadanie od profesora miałem głęboko w dupie, tak więc nie miałem najmniejszego zamiaru robić jakiegoś durnego zadania. Jedna jedynka w te czy we wte dużo nie zmieni. Wszedłem do pokoju i rzuciłem plecakiem w jego kąt. Teraz cieszyłem się jedynie z tego, że mój pokój jest jednoosobowy i nie będę musiał w najbliższym czasie nikogo tutaj gościć. Spojrzałem za okno. Dużo się nie zmieniło, wolno zaczął jedynie zapadać zmrok. Złapałem kurtkę i wyszedłem z pokoju, nie miałem zamiaru siedzieć tam i się nudzić jak ciele czekające na rzeź, a potem jeszcze gorzej skłamać, że nie miałem czasu na zrobienie zadań siedząc w pokoju. Na resztę wieczoru zaszyłem się w bibliotece. W jednym z najrzadziej odwiedzanych działów, a kiedy tylko na dworze zrobiło się całkiem ciemno wyszedłem. Deszcz zmienił się w śnieg, który zdążył już zakryć większość trawy, która i tak utraciła już swój zielonkawy kolor. Ruszyłem wolno przez park, w kierunku lasu. Nie chciałem już więcej patrzeć na ten budynek. Byłem już blisko i wszystko miało być ok, kiedy coś uderzyło z rozmachem w moje plecy, poczułem jedynie jak uderzam twarzą w śnieg. Na chwilę zamgliło mi się przed oczami, dopiero później syknąłem z bólu. Owa postać dalej siedziała mi na plecach, ale dopiero gdy się nieco otrząsnąłem wezbrała we mnie złość.

< Ktośby chciał?>

niedziela, 3 stycznia 2016

Od Dominica d.c. Sono

Pomyślałem chwilę, po czym powiedziałem.
- Takie życie ma plusy i minusy.
- A dokładniej?
- Cóż... możesz być świadkiem wielu ciekawych wydarzeń, ale nie możesz na przykład brać w nich udziału, żeby cie nie rozpoznali. Możesz kochać ciągle to nowe osoby, ale one w końcu umrą, a ty zostaniesz sam. Jest wiele za i przeciw takiemu życiu. Same bycie wampirem nasuwa jedno.
- Jakie?
- Martwi, ale żywi. Teoretycznie żyjesz. Chodzisz, poruszasz się, można cię dotknąć, ale tak naprawdę jesteś martwy. Nie bije ci serce, nie oddychasz, nie masz odbicia w lustrze. Tak jakby cię nie było.
- Ale... jak żyje się tak DŁUGO?
- Dziwnie. Ciągle jesteś młody, mam nadludzka siłę i zmysły, które z wiekiem rosną na sile. Po pewnym czasie ludzie zaczynają coś podejrzewać i musisz wyjechać z miasta. Nie można uprawiać stosunku, jeśli wiesz o co chodzi, z ludźmi i innymi stworzeniami, tylko z wampirem, a i tak nic z tego nie wyjdzie. Nie da się urodzić wampirem. Wampirem się stajesz.
Wyraźnie posmutniałem. Tak... tęskniłem za rodzina. Mamą... tatą... i mała siostrzyczką...


<Sono>

sobota, 2 stycznia 2016

Od Madeleine

Nie byłam wielką fanką odwiedzin w Piekle. No, może i się tam wychowałam. Może i powinnam czuć do tego miejsca jakiś sentyment. Mimo to wszystko, naprawdę cieszyłam się, kiedy wreszcie mogłam wyjechać z tamtego przeklętego miejsca. Dosłownie. Kraina Ciemności, mimo ciepłej temperatury, nie była chyba najczęstszą wakacyjną miejscówką. Nie dziwiłam się.
Za to Pan Radosny Szatan Zwany Również Moim Ojcem tańczył taniec szczęścia, za każdym razem, kiedy przyjeżdżałam. Eh, nie byłam może córeczką tatusia, ale ten był niewątpliwie ze mnie zadowolony. A raczej zadowolony z tego, że ciągle żyję i jako jego pierworodne dziecko jestem w stanie zniszczyć cały świat, jak to kiedyś jakiś facet napisał w Biblii.
- Madeleine – Lucyfer uśmiechnął się przebiegle, kiedy wkroczyła to jego, tak zwanej „Sali Tronowej”. Pff, ten to lubił się chwalić swoją wyższością. – Jakże miło cię znowu widzieć, kochanie. Powiedz mi. Zabrałaś komuś duszę w ostatnim czasie lub nawiązałaś pakt?
Przewróciłam oczami. To pytanie zadawał za każdym razem, kiedy się widywaliśmy. Miałam chyba lepsze rzeczy do roboty, niż zajmowanie się takimi bzdetami, które demony opanowały do perfekcji. Błagam, jestem chyba warta więcej, niż to. I na pewno bardziej pożyteczniejsza.
- A jak myślisz? – prychnęłam, a on zwęził swoje i tak już małe oczka. Miałam ochotę zachichotać, patrząc na tą jego twarzyczkę. – Nie uważasz, tato, że to byłoby kompletnie bez sensu? Całe hordy twoich poddanych robi to samo. Czemu i mnie wykorzystujesz w tym kierunku?
Potarł czoło. Biedaczek, często to robił. Chyba rządzenie Piekłem i wychowywanie nastolatki nie działało dobrze na jego psychikę. Cóż dodać, cóż ująć? Był zapracowanym człowiekiem. No, może nie do końca człowiekiem. Upadłym Aniołem, już prędzej.
- Trochę racji w tym jest – powiedział wreszcie, a ja nie posiadałam się z radości. Może nie byłam największą fanką mojego ojca, ale lubiłam, kiedy mnie chwalił. Bo kto, by tego nie lubił? – Dobra. Teraz wyjątkowo ci odpuszczę, ale nie myśl, że możesz zwyczajnie sobie chodzić po ziemi, nie wpuszczając zła do ludzkich serc. Takie jest twoje powołanie.
- Nieprawda – w ten sposób cały mój chwilowy, dobry humor poszedł się walić. – Moim przeznaczeniem jest rozpętać Apokalipsę, czego i tak nie zrobię – na podkreślenie swoich słów, zaplotłam ramiona na klatce piersiowej. – Nawet nie myśl o tym, żeby…
- Czy ty wiesz, kim ja jestem? – warknął cicho, wstając z tronu. No, proszę. Zaczynało się całe przedstawienie pod tytułem „Jestem wielkim strasznym potworem i musisz się mnie bać ty mała, niemądra dziewczynko”, które oglądałam już milion razy. – Jestem Lucyferem, Szatanem na miłość boską! – parsknęłam cichym śmiechem na te ostatnie słowa, a jego policzki zapłonęły krwistą czerwienią. Chyba nie miał tego na myśli. – Zrozum, do diaska! Oprócz tego, jestem też twoim ojcem i kiedy mówię, że masz coś zrobić, to masz to zrobić! – przybrał minę, która sugerowała, że już nawet nie jest wściekły. Typek zwyczajnie się obraził. – Proszę, Maddie. Potrzebuję tej Apokalipsy. Masz jeszcze czas, by ponownie się nad tym zastanowić. Przecież po to powstałaś.
- No, właśnie. Wolałabym nie powstać – tupnęłam nogą, powodując tym drobne trzęsienie ziemi. Serio? Trzęsienie ziemi pod ziemią? W Piekle? – Narodziłam się z ognia piekielnego miliony lat temu, ale za nim mogłeś mnie wypuścić na tą przeklętą powierzchnię, musiałeś najpierw trzymać mnie tu do XXI wieku, bym nabrała pieprzonego doświadczenia! Nie sądzisz, że to okrutne!? Zresztą, masz miliony dzieci! Wybierz inne z nich na Antychrysta!
- Madeleine, może i tak, ale w rzeczywistości tylko ciebie kocham – podszedł do mnie, ale gwałtownie się odsunęłam, śmiejąc się głośno.
- Serio? Nie wiedziałbyś, czym jest miłość, nawet gdyby się podeptała! – starałam się nie wykrzyknąć tego z głębokim żalem, który pożerał mnie od środka.
- Wiesz, że to kłamstwo – schylił głowę. – Jesteś moją jedyną prawdziwą rodziną.
- Od reszty się odwróciłeś. I nawet, jeśli pozostałam ci tylko ja… Wybacz mi, tato. Ale nie jestem w stanie, przynajmniej na ten czas, być córką, jaką chciałbyś mieć.
- Jesteś wszystkim, co chciałbym mieć.
Chciałabym w to wierzyć. Naprawdę. Ale ten gość był Szatanem. Pewnie kłamał, jak to zwykle miał w zwyczaju. Bał się mnie zmusić, ponieważ wiedział, że jestem od niego potężniejsza. Prawie tak potężna, jak sam Bóg. Bóg, który nie odzywał się, wiedząc jednocześnie o moim istnieniu. Gdzie był? Dlaczego nie chciał ze mną porozmawiać? Prosiłam go o to wiele razy. Prosiłam go o przebaczenie dla mojego ojca. Czy być może nie słuchał?
- Pomyślę, a potem spotkamy się ponownie. Obiecuję – przymknęłam powieki i zniknęłam w kłębach czarnego dymu.

Pojawiłam się w lesie, niedaleko mojej szkoły. Srebrny księżyc był niezbitym dowodem na to, iż była noc. Drzewa otaczały mnie, aż poczułam się przy nich taka malutka. Uśmiechnęłam się do siebie, za odwagę. Byłam w stanie uciec swojemu ojcu, chociaż bez wątpienia miał jeszcze wiele do powiedzenia. Wiedziałam, jednak, że nie odszuka mnie. Nie będzie naciskał. Da mi czas, na który zasługiwałam. To była jedna z jego nielicznych, dobrych cech.
Była pełnia, a z oddali usłyszałam wycie wilkołaków. Powinnam szybko wejść do szkoły, za nim, któryś z nich wpadnie na głupi pomysł i mnie zaatakuje. A wtedy nie będę miała wyboru. Będę musiała go zabić. Byłam, jednakże litościwa, więc szybkim krokiem ruszyłam w kierunku Akademii. Jednocześnie lubiłam ją i nienawidziłam. Och, to było tyle negatywnych emocji na raz.
Nagle usłyszałam jakieś kroki za sobą. Odwróciłam się gwałtownie, spodziewając się zobaczyć wielkiego wilka. Zmarszczyłam brwi, kiedy się zawiodłam.
- Definitywnie nie jesteś wilkołakiem – uśmiechnęłam się sarkastycznie.

Jakiś miły ktoś?

piątek, 1 stycznia 2016

Od Sono D.C Dominic'a

yayć. Ale stary wampir. Nieźle się trzyma
-No ! Teraz Twoja kolej. Dokładna data przemiany?-spytał mnie Dominic
Spojrzałam na niego.
-Nie ma mowy, będziesz się ze mnie nabijał-powiedziałam.
-Informacja za informację.
-no dobra.-wzięłam głęboki oddech.-zostałam zmieniona piętnaście lat temu. Pamiętasz tę wielką katastrofę lotniczą, samolot lecący z L.A do Indii, gdzie wszyscy zginęli?-zapytałam chłopaka. Trochę się zamyślił po czym przytaknął.
-No właśnie. Prawie wszyscy. Ja, moi rodzice, i siostra przeżyliśmy. Na pokładzie samolotu był ktoś, kto nas zaatakował. Dlatego wyszliśmy cało.-urwałam patrząc w dal.
-kto was przemienił?-spytał.
W głosie nie było nawet znać nuty ironii czy śmiechu.
-nie pamiętam. -westchnęłam.-to moja historia. Nawet nie wiedziałam, że takie istoty istnieją.
-co z Twoją rodziną?-zapytałam
-rodziców zamordowano rok później, a Sanjana uciekła. Nie wiem co się z nią dzieje.
-Sanjana?
-mama była z Indii-wyjaśniłam.
Powróciłam myślami do tamtego dnia. Chcieliśmy wyjechać na wakacje do Indii, do babci. Wsiedliśmy do samolotu. W górach doszło do zapalenia się silników. Zaczęliśmy spadać a ja .. no cóż. Obudziłam się gdzieś na ziemii, już jako wampirzyca. A rodziców zabito rok później.
-Sono, w porządku?-ze wspomnień wyrwał mnie głos Dominica.
-tak, dzięki-powiedziałam.
Zapaliłam papierosa.
-no to jak, spacer w świetle księżyca po parku?-zapytałam dla zmiany tematu.
-no dobra-zgodził się.
Poszliśmy z wolna między drzewami. Noc była piękna. Muzyka w szumie drzew była zadziwiająca.
-jak to jest, żyć tak długo?-zapytałam, gdy zatrzymaliśmy się na moście.
strumień wartko płynął, a żaby kumkały swoją pieśń.
-sama żyjesz, niech pomyślę, kwitnąca trzydziestka?-zaśmiał się gorzko.
-wiesz o co mi chodzi. Wiesz... Przede mną jeszcze długie, niekończące się lata, wampirasku

[Dominic?]

Od Dominica d.c. Sono

Po odejściu Sono też poszedłem do akademii. W kilka sekund byłem w pokoju. Przebrałem się i poszedłem na spacer. Spotkałem tak Sono.
- Chyba jesteśmy dla siebie stworzeni - powiedziała wampirzyca.
- Chyba tak.
Uśmiechnąłem się słodko.
- Nocny spacerek? - spytała.
- Tak, wiesz... jakoś od kilkuset lat cierpię na bezsenność.
Dziewczyna zaśmiała się.
- A tak właściwie... w jakim roku stałeś się wampirem?
- Naprawdę chcesz wiedzieć? - zaśmiałem się.
- Tak.
- Dziabnęli mnie 17 lipca 1527 roku.
Dziewczyna otwarła szczękę ze zdziwienia.
- Co się tak gapisz jakbyś ducha zobaczyła.
Nie odpowiedziała tylko zakryła usta i patrzyła na mnie.
- A ty? Dokładna data przemiany?
Wyciągnąłem kolejnego papierosa i wsadziłem do ust. Zobaczyłem idącą nauczycielkę.
- Tu nie wolno palić!
- Nie palę. Mam przedmiot niosący śmierć, ale nie daje mu mocy by zabijał. Taka metafora.
Wyjąłem zapalniczkę i zapaliłem ja kilka centymetrów od papierosa, po czym go zgasiłem. Kobieta odeszła.
- Skąd bierzesz takie teksty? - spytała Sono.
- Przez te 488 lat słyszałem wiele takich tekstów. No! Teraz ty. Dokładna data przemiany?
Spojrzała na mnie.


<Sono>

Od Sono D.C. Toma

Szlam sobie do pokoju, by sie rozpakować, aż ktoś...
-hej-powiedzial chłopak. Przypomniałam sobie że to ten od kocicy.
-Hej-odparlam.
-dlugo tu jesteś? Bo pomyślałem sobie ze...-zaczął chłopak.
-ze pójdziemy na spacer? -zasmialam się.
-mozliwe-odparł puszczając oko.
Usmiechnelam się. Całkiem miły mimo że wilk.
- no a tak na poważnie, to co sobie pomyślałeś?
Nie bylam oczywiście przeciwnikiem wilkołaków, a niektórzy to mieli kota na tym punkcie.
Chłopak nie odpowiadal. Chyba sie zastanawiam, o czym miał pomyśleć.

[Tom? Post z zaskoczenia, nie miałam czasu na dłuższy default smiley :) ]
Szablon wykonała Sasame Ka dla Zaczarowane Szablony