Nie byłam wielką fanką odwiedzin w Piekle. No, może i się tam wychowałam. Może i powinnam czuć do tego miejsca jakiś sentyment. Mimo to wszystko, naprawdę cieszyłam się, kiedy wreszcie mogłam wyjechać z tamtego przeklętego miejsca. Dosłownie. Kraina Ciemności, mimo ciepłej temperatury, nie była chyba najczęstszą wakacyjną miejscówką. Nie dziwiłam się.
Za to Pan Radosny Szatan Zwany Również Moim Ojcem tańczył taniec szczęścia, za każdym razem, kiedy przyjeżdżałam. Eh, nie byłam może córeczką tatusia, ale ten był niewątpliwie ze mnie zadowolony. A raczej zadowolony z tego, że ciągle żyję i jako jego pierworodne dziecko jestem w stanie zniszczyć cały świat, jak to kiedyś jakiś facet napisał w Biblii.
- Madeleine – Lucyfer uśmiechnął się przebiegle, kiedy wkroczyła to jego, tak zwanej „Sali Tronowej”. Pff, ten to lubił się chwalić swoją wyższością. – Jakże miło cię znowu widzieć, kochanie. Powiedz mi. Zabrałaś komuś duszę w ostatnim czasie lub nawiązałaś pakt?
Przewróciłam oczami. To pytanie zadawał za każdym razem, kiedy się widywaliśmy. Miałam chyba lepsze rzeczy do roboty, niż zajmowanie się takimi bzdetami, które demony opanowały do perfekcji. Błagam, jestem chyba warta więcej, niż to. I na pewno bardziej pożyteczniejsza.
- A jak myślisz? – prychnęłam, a on zwęził swoje i tak już małe oczka. Miałam ochotę zachichotać, patrząc na tą jego twarzyczkę. – Nie uważasz, tato, że to byłoby kompletnie bez sensu? Całe hordy twoich poddanych robi to samo. Czemu i mnie wykorzystujesz w tym kierunku?
Potarł czoło. Biedaczek, często to robił. Chyba rządzenie Piekłem i wychowywanie nastolatki nie działało dobrze na jego psychikę. Cóż dodać, cóż ująć? Był zapracowanym człowiekiem. No, może nie do końca człowiekiem. Upadłym Aniołem, już prędzej.
- Trochę racji w tym jest – powiedział wreszcie, a ja nie posiadałam się z radości. Może nie byłam największą fanką mojego ojca, ale lubiłam, kiedy mnie chwalił. Bo kto, by tego nie lubił? – Dobra. Teraz wyjątkowo ci odpuszczę, ale nie myśl, że możesz zwyczajnie sobie chodzić po ziemi, nie wpuszczając zła do ludzkich serc. Takie jest twoje powołanie.
- Nieprawda – w ten sposób cały mój chwilowy, dobry humor poszedł się walić. – Moim przeznaczeniem jest rozpętać Apokalipsę, czego i tak nie zrobię – na podkreślenie swoich słów, zaplotłam ramiona na klatce piersiowej. – Nawet nie myśl o tym, żeby…
- Czy ty wiesz, kim ja jestem? – warknął cicho, wstając z tronu. No, proszę. Zaczynało się całe przedstawienie pod tytułem „Jestem wielkim strasznym potworem i musisz się mnie bać ty mała, niemądra dziewczynko”, które oglądałam już milion razy. – Jestem Lucyferem, Szatanem na miłość boską! – parsknęłam cichym śmiechem na te ostatnie słowa, a jego policzki zapłonęły krwistą czerwienią. Chyba nie miał tego na myśli. – Zrozum, do diaska! Oprócz tego, jestem też twoim ojcem i kiedy mówię, że masz coś zrobić, to masz to zrobić! – przybrał minę, która sugerowała, że już nawet nie jest wściekły. Typek zwyczajnie się obraził. – Proszę, Maddie. Potrzebuję tej Apokalipsy. Masz jeszcze czas, by ponownie się nad tym zastanowić. Przecież po to powstałaś.
- No, właśnie. Wolałabym nie powstać – tupnęłam nogą, powodując tym drobne trzęsienie ziemi. Serio? Trzęsienie ziemi pod ziemią? W Piekle? – Narodziłam się z ognia piekielnego miliony lat temu, ale za nim mogłeś mnie wypuścić na tą przeklętą powierzchnię, musiałeś najpierw trzymać mnie tu do XXI wieku, bym nabrała pieprzonego doświadczenia! Nie sądzisz, że to okrutne!? Zresztą, masz miliony dzieci! Wybierz inne z nich na Antychrysta!
- Madeleine, może i tak, ale w rzeczywistości tylko ciebie kocham – podszedł do mnie, ale gwałtownie się odsunęłam, śmiejąc się głośno.
- Serio? Nie wiedziałbyś, czym jest miłość, nawet gdyby się podeptała! – starałam się nie wykrzyknąć tego z głębokim żalem, który pożerał mnie od środka.
- Wiesz, że to kłamstwo – schylił głowę. – Jesteś moją jedyną prawdziwą rodziną.
- Od reszty się odwróciłeś. I nawet, jeśli pozostałam ci tylko ja… Wybacz mi, tato. Ale nie jestem w stanie, przynajmniej na ten czas, być córką, jaką chciałbyś mieć.
- Jesteś wszystkim, co chciałbym mieć.
Chciałabym w to wierzyć. Naprawdę. Ale ten gość był Szatanem. Pewnie kłamał, jak to zwykle miał w zwyczaju. Bał się mnie zmusić, ponieważ wiedział, że jestem od niego potężniejsza. Prawie tak potężna, jak sam Bóg. Bóg, który nie odzywał się, wiedząc jednocześnie o moim istnieniu. Gdzie był? Dlaczego nie chciał ze mną porozmawiać? Prosiłam go o to wiele razy. Prosiłam go o przebaczenie dla mojego ojca. Czy być może nie słuchał?
- Pomyślę, a potem spotkamy się ponownie. Obiecuję – przymknęłam powieki i zniknęłam w kłębach czarnego dymu.
Pojawiłam się w lesie, niedaleko mojej szkoły. Srebrny księżyc był niezbitym dowodem na to, iż była noc. Drzewa otaczały mnie, aż poczułam się przy nich taka malutka. Uśmiechnęłam się do siebie, za odwagę. Byłam w stanie uciec swojemu ojcu, chociaż bez wątpienia miał jeszcze wiele do powiedzenia. Wiedziałam, jednak, że nie odszuka mnie. Nie będzie naciskał. Da mi czas, na który zasługiwałam. To była jedna z jego nielicznych, dobrych cech.
Była pełnia, a z oddali usłyszałam wycie wilkołaków. Powinnam szybko wejść do szkoły, za nim, któryś z nich wpadnie na głupi pomysł i mnie zaatakuje. A wtedy nie będę miała wyboru. Będę musiała go zabić. Byłam, jednakże litościwa, więc szybkim krokiem ruszyłam w kierunku Akademii. Jednocześnie lubiłam ją i nienawidziłam. Och, to było tyle negatywnych emocji na raz.
Nagle usłyszałam jakieś kroki za sobą. Odwróciłam się gwałtownie, spodziewając się zobaczyć wielkiego wilka. Zmarszczyłam brwi, kiedy się zawiodłam.
- Definitywnie nie jesteś wilkołakiem – uśmiechnęłam się sarkastycznie.
Jakiś miły ktoś?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz